"To niebezpieczne jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie..."

Te słowa jakoś towarzyszą mi od kilku dni. Mój mózg sobie je odtwarza śpiewając wsobnie 🙂 Niby taka lajtowa pioseneczka, a jednak kryje w sobie życiową mądrość. 

Dziś myślę o tym momencie, w którym jestem teraz. Jest trudny, wymagający i burzący mój spokój. Zazwyczaj w takich sytuacjach widziałam tylko ciemny tunel. Zero szans na ujrzenie w nim światełka. Ta ciemność mnie otaczała, otulała i przytlaczała. A dziś? Dziś wiem, że trud też nie trwa wiecznie. 

Toczę wewnętrzną walkę z pokusą żeby wszystko zmienić już. Żeby zmienić siebie, zmienić małżeństwo. Kiedy patrzę w przyszłość czuję paraliżujący niepokój. Zaraz jednak myślę, że dziś jest dziś. Nie wiem co się wydarzy jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc czy rok. Wiem, że dostałam ten dzień i chcę w nim być. Dać sobie uwagę. Nie patrzeć na to czego nie dostaję, ale patrzeć na to kim jestem i co ja sobie mogę dać 🙂

Chcę jednak wrócić do przeszłości. Czuję potrzebę zrozumienia i dowartościowania tego co przeżyłam i tego kim dzięki/mimo tego się stałam. Nie chcę już patrzeć na siebie przez pryzmat słów, którym dawałam prawo do raniącej oceny. Pamięć ich boli, bo wypowiedane były przez osobę, której oddałam moje życie na zawsze. 

Byłam małą dziewczynką, chroniąca się w bliskiej relacji z mamą. Małą córeczka taty, który nie radził sobie z emocjami. Słyszałam wiele przykrych słów, groźby oddania do domu dziecka, krzyki, dostawałam lanie za nieposłuszeństwo. Moja bujna wyobraźnia została uznana za tabu, z lęku że mogłam odziedziczyć chorobę psychiczną po siostrze mamy. Dziewczynką, która mając kilka lat doświadczyła pierwszych obsesyjnych myśli, które towarzyszyły jej do czasów nastoletnich. Mając 14 lat straciłam najbliższą mi osobę. Mama zmarła nagle. Niestety ostatnie wspomnienia, które mam to odrzucenie i obcość. Nie płakałam. Po prostu przeszłam nad tym do dnia codziennego. Nie pamiętam tylko pierwszych 2 tygodni po. Tak jakby ktoś wyciął mi kawałek pamięci..Drugi raz doświadczyłam tego, kiedy zakończyłam raniący mnie związek (że też wcześniej nie zauważyłam tej analogii). Żyłam dalej a moim powietrzem była nadzieja, że ktoś mnie znów pokocha. Wyciągnie mnie z mojego świata niby książę z Kopciuszka. Bo przecież jestem skromna, pracowita, opiekuję się rodzeństwem. Czy jeszcze na to nie zapracowałam? 

Niby na etapie tej historii mam 16 lat, ale to pytanie jest aktualne teraz kiedy mam 35 lat. Jestem żoną i mamą. Jest jednak coś co różni te dwie osoby - teraz NAPRAWDĘ zaczynam rozumieć i przyjmować tę prawdę, że książę z Kopciuszka nie istnieje, a ja na miłość już nigdy nie będę musiała zasłużyć, bo dam ją sobie sama.
c.d.n.

To jest moment, który chciałabym zatrzymać. Chcę uwierzyć, że ta prawda będzie trwać wiecznie. A że prawdziwe Źródło Miłości istnieje poza czasem to mam na to bardzo dużą szansę 🙂

Komentarze

Popularne posty