Jestem wściekła!
Mam już dość. Synek znowu chory a tydzień siedział w domu. Córeczka też zaczyna kichać. Jutro Chrzes Święty w bliskiej rodzinie, na który pewnie nie pójdziemy. Ja za 2 tygodnie mam wrócić do pracy. Już jestem bezradna. Nie wiem co robić. Czy przedłużać wychowawczy czy co.
Nie wiem czy Andrzej się zdecyduje żeby brać urlopy. Czuję się po prostu w czarnej ... Tylko nie rozumiem dlaczego tak bardzo się tym martwię. Czy to stres? Czy kolejne nieprzewidziane sytuację? Mam wrażenie że wszystko dzieje się nam na złość i mam jakiś głupi bezsensowny żal do Pana Boga że na to pozwala. A z drugiej strony przecież nawet kilka tygodni temu Proboszcz miał kazanie o tym, że wydaje się nam jak jesteśmy "porządni" to i w życiu zawsze będzie nam się układać. A to nieprawda. Wiara nie jest gwarancją tego, że wszystko będzie dobrze i wszystko będzie proste.
Nie umiem poradzić sobie z tą moją złością. A przecież to nie jest wina ani Adasia ani Ewci. Aaa
Komentarze
Prześlij komentarz